ROZMOWA Z WERONIKĄ Z VANCOUVER. BĘDZIE SZCZERZE!

Ponownie, szybciutko wracamy do Vancouver. Miałam przyjemność porozmawiać z Weroniką, która w Kanadzie jest od 2019, ale już zdążyła wyrobić sobie opinię na pewne rzeczy dotyczące życia w dużym mieście. Jest również mamą dwójki dzieci, w tym Edzia – świeżo upieczonego kanadyjskiego obywatela! Jak wygląda codzienność Weroniki? Jakie ma plany? Gdzie poleca zjeść dobrą rybę?

Zapraszamy do czytania!

 

 

Skąd pomysł na Kanadę?

WERONIKA: Wszystko zaczęło się w 2016 roku, kiedy to przyjechaliśmy tutaj na rodzinne wakacje. Pewnie nie wybralibyśmy się aż tak szybko – z 3-letnią zaledwie Helenką, gdybyśmy nie zostali zaproszeni na rodzinną uroczystość. Chociaż we mnie myśl o podróży dojrzewała już dużo wcześniej. Podczas tych wakacji, gdzieś na wzgórzach, nad jeziorem Okanagan oglądając okoliczne winnice padło spontanicznie pytanie “A może byśmy tak przeprowadzili się do Kanady?”
Później już w Polsce wielokrotnie o tym rozmawialiśmy, a gdy dodatkowo pojawiła się propozycja zawodowa- postanowiliśmy przekuć myśl w czyn.

Mając dziecko, nie baliście się spontanicznej decyzji?

W.: Nie, chociaż gdy teraz analizuję ten etap, dochodzę do wniosku, że podjęłam decyzję o wyjeździe zbyt pochopnie. Zbyt dużo, ważnych rzeczy, zostawiłam brutalnie za sobą. No ale mleko się wylało, nie ma nad czym płakać…

 

 

Czy do Kanady przyjechałaś jako singielka czy już w związku?

W.: Przyjechałam z mężem i córką. Aktualnie jest nas już czwórka!

No tak, do Waszej drużyny dołączył mały Edward!

 

Jak długo jesteś w Kanadzie?

W.:  Jesteśmy tu od września 2019 roku, czyli nieco ponad rok.

 

Jak wyglądał Twój proces imigracyjny?

W.: Przyjechałam do Kanady już jako Permament Resident, a to dzięki temu, że mój mąż, który ma obywatelstwo kanadyjskie, został moim sponsorem. Moja rola w tym procesie praktycznie ograniczyła się do podpisania niezbędnych dokumentów, zrobienia szeregu badań, no i do wizyty w ambasadzie. Cały proces trwał około 2 lata.

Jednym słowem, ominęła Ciebie cała szarpanina z wizami, chociaż pewnie ciężko było czekać aż dwa lata, ale naprawdę miło to słyszeć.

W.: Teoretycznie tak, chociaż to wszystko odbyło się jakoś tak szybko i za moimi plecami. Byłam w tym czasie bardzo zajęta, głównie pracą i szczerze mówiąc traktowałam, to całe staranie się o PR, trochę jak fanaberie mojego męża. Do końca nie byłam pewna, że jednak wyjedziemy i to tak szybko. Mieliśmy dobre życie w Polsce. Dzisiaj myślę, że chyba tak miało być.

 

 

Weronika, jesteś mamą Helenki i małego Edwarda. Wyobraź sobie, że już jednego rocznego Edzia znam, konkretnie mieszka w Canmore. Czy opowiesz nam jak wygląda opieka kobiety w ciąży w Vancouver?

W.: Pozdrawiamy zatem ciepło Edzia z Canmore.

Moje doświadczenia kobiety w ciąży w Kanadzie są ok, ale bez fajerwerków. Do ginekologa trafiłam ze skierowaniem bezpośrednio od lekarza pierwszego kontaktu z tzw. walking clinic. O lekarza rodzinnego, czyli tzw. family doctor trzeba się bowiem długo starać, my jeszcze go nie mamy. Chodziłam, więc regularnie i przepisowo na wizyty, badania, usg etc. Myślałam o położnej albo douli, ale zgodnie z sugestią mojej doktor zdecydowałam, że nie będzie mi ona potrzebna. Sam poród miał miejsce w BC Women’s Hospital w Vancouver– ponoć najbardziej specjalistyczny szpital w całej Kolumbii Brytyjskiej. No i było całkiem ok. Najbardziej mnie rozbroiło menu z daniami do wyboru. I chociaż jedzenie było kiepskiej jakości, i tak lepsze od plasterka polskiej, szpitalnej kiełbasy.

Pamiętam jak odwiedzałam kogoś w szpitalu i również zaskoczyło mnie menu!

W.: Wszystko na szczęście poszło zgodnie z planem – choć muszę przyznać, że wyjście do domu na drugi dzień po cesarce trochę mnie zszokowało – poczułam się taka niezaopiekowana, choć tłumaczono mi, że to ze względu na Covid.

Ja to tylko z nam z opowieści, ale mnie również zszokowało to, że kobiety wychodzą tego samego dnia ze szpitala, ale to były porody naturalne! I nie było covid!

W.: Ogólnie rzecz biorąc moje dotychczasowe doświadczenia z kanadyjską służbą zdrowia są bardzo pozytywne. Jedyne,co mogę wypunktować to brak konkretnej opieki po porodzie – zabrakło mi takiego “mojego” lekarza, który by obejrzał mnie i zapytał po ludzku jak się czuję. Moja Pani doktor “od ciąży” po urodzeniu stała się Panią doktor już nie moją, ale mojego dzidziusia. Może kiedyś zrozumiem jak to tutaj działa.

Przykro mi to słyszeć, ale ja również, do dzisiaj, nie rozumiem jak działa tutaj służba zdrowia.

 

 

Lubisz spacerować, co mnie wcale nie dziwi jak mieszka się w tak pięknym miejscu, sama chętnie chodziłabym po górach.

Ale, ale… Teraz dla Ciebie jest to poważne wyzwanie. Wiem, że miałaś podejście do chusty/nosidełka (wybacz nie znam fachowej nazwy) z Edwardem. Jak to teraz wygląda? Lubią się czy niekoniecznie? Jeśli tak to masz sprawdzony produkt?

W.: Faktycznie, dużo spacerujemy, a to dlatego, że brak mi czasu i możliwości, żeby chodzić po górach. Chodzi za to mój mąż, co mnie generalnie dość śmieszy, bo mieszkając pod Tatrami to ja chodziłam, on podziwiał Giewont z balkonu. Teraz nastąpiła swoista zamiana. Spacery zatem to dla mnie główna aktywność fizyczna. Nie wróciłam jeszcze na dobre ani do biegania, ani do regularnych ćwiczeń, a wymówką jest brak czasu. Jestem też od ponad 9 miesięcy chronicznie niewyspana, co przekłada się na niechęć do aktywności fizycznej. Spacerujemy zatem, głównie z wózkiem, bo Edek jest jeszcze dość mały i jak każda polska, mama martwię się czy nie jest mu za zimno. A tak całkiem serio – nosidełko przydało się w sumie kilkanaście razy. Nie jestem gadżeciarą, bliżej mi ostatnio do minimalizmu, więc kupiłam pierwsze, które wpadło mi w oko w Winnersie – brand nazywa sie Infantino. Jak na moje skromne potrzeby – świetnie zdaje egzamin.

 

 

Jak wygląda organizacja dnia, już z dużą dziewczynką i dzidziusiem?

W.: 8 lat różnicy wieku między dziećmi nie pomaga, no ale jakoś trzeba sobie radzić. Zdecydowanie plan dnia układamy bazując na Helenki ( Heleny przepraszam – zakazała mi ostatnio zdrabniać jej imię po polsku = bunt Kanadyjki – ośmiolatki ) zajęciach, zarówno szkolnych, jak i pozaszkolnych.

No co Ty mama! W końcu masz do czynienia już prawie z dojrzałą dziewczyną!

W.: Kiedy to zlecialo!

W.: Wstajemy rano, wyprawiamy ją do szkoły na godzinę 09.00, odbieramy o 15.00. W zależności od tego jakie mamy zajęcia danego dnia, próbujemy zorganizować jakoś pozostały nam czas. W trakcie pobytu Helenki w szkole, ja zazwyczaj spaceruję z Edkiem, robię zakupy, gotuję, czytam. Innymi słowy super, nudne, zwyczajne życie. Poza szkołą Helena uczęszcza na zajęcia aktorskie, basen oraz lekcje gry na pianinie. Planujemy jeszcze dołączyć do Canadian Scouts i na lekcje francuskiego, ale to zapewne jak już życie wróci do normy i oficjalnie ogłoszą koniec pandemii. Tak , wiem, że brzmi to trochę jak zarzynanie kurczaków, ale póki co kanadyjska podstawowa szkoła publiczna nie jest specjalnie wymagająca, wręcz przeciwnie – pozostawia moim zdaniem wiele do życzenia, jeśli chodzi o poziom nauczania i zaangażowania uczniów, co daje pole do popisu chętnym dzieciom w rozwijaniu swoich dodatkowych zainteresowań popołudniami. Mimo tego,  że ma też swoje plusy, a mianowicie uczy umiejętności tzw. miękkich, trochę mnie to martwi i mam nadzieję, że im dalej do przodu, tym będzie lepiej, bo na razie to dopiero trzecia klasa.

Myślę, że wiele zależy od dziecka, jego zaangażowanie i chęci uczestniczenia w pozaszkolnych zajęciach, ale faktycznie, listę macie imponującą!

 

 

Czy opowiesz nam jak wygląda macierzyństwo w Vancouver? Czy państwo pomaga? Jak długo trwa urlop macierzyński? Czy w ogóle można na coś takiego liczyć?

W.: O urlopie macierzyńskim coś słyszałam, czyli jest. Ja natomiast nie miałam przyjemności skorzystania z niego, bo wkrótce po przyjeździe do Kanady zaszłam w ciąże i pomimo wielkich i ambitnych planów nie dane było mi  nawet o tę pracę powalczyć. Jeśli chodzi natomiast o pomoc od Państwa istnieje tzw. Child Benefit, czyli comiesięczny zasiłek pomocowy na dziecko. Wynosi on około $500 na jedno dziecko, ale kwota ta może się wahać w zależności od dochodu rodziny.

 

 

Czym zajmujesz się na co dzień?

W.: Na co dzień jestem perfekcyjną panią domu i nianią na pełen etat haha.
A tak całkiem serio – jestem hotelarzem, przez ostatnie 5 lat przed przyjazdem do Polski pracowałam jako sales manager w hotelach 4- i 5-ciogwiazdkowych. Skończyłam zarządzanie na Uniwersytecie Jagiellońskim, studiowałam też geografię, polonistykę i kulturoznawstwo.

No proszę, kolejna dziewczyna, z którą mam przyjemność rozmawiać, która ukończyła Uniwersytet Jagielloński!

W.: Biorąc pod uwagę trudną aktualnie – covidovo sytuację w mojej branży, myślę o tym, żeby się może przebranżowić. A, że od przyjazdu tutaj, wszyscy mnie straszą jak ciężko jest newcormers znaleźć pierwszą pracę – nie lada wyzwanie przede mną. Myślę o fotografii, którą ostatnio bardziej się zainteresowałam, oraz o digital marketingu. Od czegoś trzeba zacząć. Planuję również popracować nad możliwością zostania tłumaczem przysięgłym języka angielskiego.

No to masz cały plan opracowany. Życzę Tobie osiągnięcia sukcesu. Liczę na to, że na początek pokażesz kilka swoich zdjęć, które tu opublikujemy.

W.: Dzięki. A zdjęcia na razie jeszcze nieprofesjonalne – kompletuję sprzęt i tworzę bloga. Dam znać jak tylko się pojawi.

 

 

Dlaczego Vancouver? Nie ukrywam, że to miasto bardzo przytłoczyło mnie, kiedy byłam tam kilka lat temu. Nie umiałabym żyć w ciągłych korkach i tłoku. Ale coś za coś, prawda?

W.: Do Vancouver przyjechaliśmy, bo tutaj mieszkał mój mąż zanim pojechał na 10 lat do Polski szukać żony haha. Również tutaj mieszka większa część rodziny mojego męża. Mieliśmy co prawda momenty zwątpienia, zwłaszcza kiedy czytaliśmy i słuchaliśmy o tym co się dzieje na rynku nieruchomości ( generalnie bez $2 mln w kieszeni, szukanie domu nie ma w ogóle sensu), ale wygrała chyba nasza pycha i myślenie, że przecież nie jedziemy na drugi koniec świata, żeby mieszkać w jakiejś “pipidówce”, jak to pięknie określa jedno z moich ulubionych małopolskich powiedzonek. I jak już jechać, to na całość! Ogłuszona emocjami wyjazdowymi, zapomniałam na chwilę o tym, jak bardzo small town living bije na głowę city life, zwłaszcza jeśli chodzi o wychowanie dzieci. No i ta nasza całość skończyła się na tym, że wylądowaliśmy trochę przez przypadek w takiej dzielnicy Vancouver, gdzie niekoniecznie nam się podobało, zarówno wizualnie, jak i etnicznie. Na dodatek okazało się, że bliskość transportu publicznego, czyli linii tutejszej kolejki naziemnej ( tzw. Skytrain) oraz tzw. pętli autobusowej tylko pogarsza sprawę. Niestety w przeciwieństwie do miast europejskich, w Vancouver trzeba trzymać się z dala od transportu publicznego. Nie wiem jak jest w innych kanadyjskich miastach, ale jeśli ktoś planuje przyjazd tutaj, to radzę w pierwszej kolejności zabrać sie organizację własnego pojazdu. W przeciwnym wypadku można sobie pojeździć po mieście w oparach smrodów rozmaitych, otuleni na legalu mgiełką marihuany w aromacie cebulowego curry z domieszką rozmaitych organicznych zapaszków.

No to chyba jest problem całej Kanady. U nas w Edmonton, wcale lepiej nie jest, ale oczywiście nie ma co porównywać z Vancouver!

 

 

W.: Niestety Vancouver nie radzi sobie z problemem narkomanów i bezdomnych, którzy potrafią przyjechać tutaj z drugiego końca Kanady, bo jest najcieplej. W efekcie problem, który do tej pory miał lokację stricte Downtown eastside, rozrasta się na inne części miasta do tego stopnia, że dzielnice, które jeszcze kilka lat temu uchodziły za super modne, gdzie mieszkania kosztowały ponad milion dolarów, zaczynają być niebezpieczne i brudne.

Tak się złożyło, że po przyjeździe dotknęła mnie depresja. Ciąża, hormony, stres związany z przeprowadzką na drugi koniec świata zrobiły swoje i w związku z tym przesunęła mi się również niebezpiecznie granica tolerancji na rozmaite zjawiska. Począwszy od różnic kulturowych, na architekturze skończywszy. Moja rozbujała ciążowa estetyka, która chciała ogladać tylko piękne rzeczy i wąchać piękne zapachy, kłóciła się z lokalną południowoazjatycką stylistyką domów ( meeega depresyjny krajobraz, zwłaszcza w zimie, kiedy bezustannie pada deszcz). Nie mogłam zrozumieć jak można było doprowadzić do budowy tak dużej ilości tych wstrętnych domów niczym z dykty. To nie było piękne Vancouver, w którym miałam zamieszkać. Napady złości kończyły zazwyczaj złowieszcze okrzyki, że gdybym chciała przeprowadzić się do Azji, pojechałabym do Singapuru. Dokuczał mi brak dużej ilości zieleni w zasięgu wzroku, nawet azjatycka kuchnia, którą zawsze kochałam przestała mi smakować, a zapach smażonej przez sąsiadów o 8 rano cebuli albo czosnku przyprawiał mnie o mdłości. Generalnie ten pierwszy rok był jak najgorszy koszmar do momentu urodzenia Edka, czyli w maju. Pózniej już było tylko lepiej. Skupiłam się na dziecku, depresja odeszła, przeprowadziliśmy sie do North Vancouver. To była dobra decyzja. Po 5 latach mieszkania w Tatrach zabrakło nam w tym pierwszym roku po prostu gór i lasów. Teraz mieszkamy praktycznie w lesie, na dodatek deszczowym, ale nie wyobrażamy sobie dla nas lepszego miejsca. Muszę przyznać, że nawet bliskość oceanu nie robi na mnie takiego wrażenia. Leśny ludek ze mnie.

Cieszę się, że odnajdujesz plusy Vancouver, a wiem jak ciężko odnaleźć coś pozytywnego przy depresji. A co do samego miasta, bardzo mnie ono przytłoczyło i rozczarowało. Plaża przy Oceanie kojarzy mi się z brudem, więc podbijam – jak to siebie nazwałaś – jestem leśnym ludkiem, zdecydowanie wolę wszystkie te mniejsze turystyczne miasteczka.

 

 

Co koniecznie trzeba zobaczyć wybierając się na rodzinną wycieczkę do Vancouver? Masz sprawdzone triki?

W.: Jeśli z małymi dziećmi to:
– Stanley Park
-Vancouver Aquarium
– Science World
⁃ PNE czyli lokalny park rozrywki. Park moim zdaniem taki sobie, ale z pięknymi widokami na góry North Shore
Można również wyjechać kolejką linową na szczyt Grouse Mountain.

A jeśli z nieco większymi, albo bez dzieci albo z cierpliwymi dziećmi to koniecznie:
-Gas Town czyli historyczna dzielnica Vancouver
-Granville Island
-Chinatown – choć tutaj uwaga – może być niebezpiecznie.
Będąc w Vancouver, w okresie od maja do września, również koniecznie trzeba odwiedzić przynajmniej jedną z miejskich plaż, a jest ich kilkanaście. Beach lifestyle jest very Vancouver. Obowiązkowy też – niezależnie od pory roku jest spacer wzdłuż linii brzegowej czyli Seawall – albo w samym Stanley Parku, albo na terenie miasta. Polecam także odwiedzić neighbourhood o nazwie Strathona – ciekawy przykład oryginalnej architektury vancouverskiej z początkow XX wieku, co więcej – nie piszą o tym w przewodnikach.
W samym Vancouver nie ma zbyt wielu atrakcji, choć miasto robi – zwłaszcza na nas Europejczykach – piorunujące pierwsze wrażenie. Po pierwszych zachwytach zaczynamy szukać rynku. Brakuje nam miliarda ogródków kawiarnianych, a niektórym tramwajów.
Miasto jest faktycznie przepięknie i widowiskowo położone, ja natomiast – wychowana w starym Krakowie pod Wawelem – dosłownie, tęsknie za europejskimi miastami i ich klimatem. Kwestia gustu.
Bedąc w Vancouver trzeba koniecznie popłynąć promem na Vancouver Island albo na Sunshine Coast, można wybrać się np. do oddalonego niecałe 2h jazdy samochodem Whistler, czyli zimowej stolicy Kanady, albo w cieplejsze okolice jeziora Okanagan, gdzie tętni życiem kanadyjskie winiarstwo. Dla miłośników wina absolutny must see! A już cała Kolumbia Brytyjska to osobny temat na kolejną rozmowę .

Byłam w sierpniu w Whistler! Mam nadzieję, że jeszcze tam wrócę. Coś niesamowitego. Dla tych z Alberty- Whistler jest górskim odpowiednikiem, lecz i większym od Banff czy Canmore.

 

 

Gdzie wybrać się aby zjeść dobrą rybę?

W.: Najlepiej kupić świeżo złowioną i usmażyć samemu na patelni, ale jeśli ktoś nie umie smażyć, albo nie ma patelni, to restauracji specjalizujących sie w rybach i owocach morza jest całe mnóstwo. Kilka moich ulubionych to:
– The Sandbar ( Granville Island)
– Bridges ( Granville Island )
– Rodney’s Oyster House (Yaletown)
– Carderos (Coal Harbour)
– The Fish Counter ( Main St)
– Hook Seabar ( West End )
⁃ Vancouver ponadto znane jest jako miasto sushi – poke bary i restauracje są absolutnie na każdym kroku. Do tego stopnia, że nawet takim maniakalnym pożeraczom sushi jak mnie może się ono w końcu znudzić.

Zdarza się, że jedziemy do Steveston, gdzie na Fisherman’s Wharf można kupić świeżo złowione ryby i owoce morza. Tam też w ubiegłym roku, zaraz po przyjeździe do Vancouver, ciekawi ich smaku,  polowaliśmy na jeżowce. Nie pytaj mnie jak smakują!

Przekornie zapytam – jak smakują?!

W.: Jeżowce uchodzą podobno za wielki przysmak. Ich smak natomiast jest tak specyficzny, że albo się je kocha, albo nienawidzi. Dla mnie ich smak jest tak bardzo nieokreślony, że definiuję go trochę ich zapach. Z niczym innym nie kojarzy mi się tak bardzo jak z końskim łajnem.

W.: A jeszcze lepiej złowić samemu. Mój mąż aktualnie zgłębia tajniki spearfishing, czyli tzw. łowiectwa podwodnego z kuszą. Coś czuję, że na wiosnę będzie się działo ….

Ha ha będziesz miała wesoło!

 

 

A Twoje ulubione miejsce na sushi, to…?

W.: Nie mam takiego… Uwielbiam natomiast wpadać gdzieś z zaskoczenia, prosto z ulicy. Często najmniej ciekawe z zewnątrz miejsca okazują się perełkami z mega autentycznym i super świeżym sushi.

 

Idealne miejsce na randkę?

W.: Jeśli restauracja to na pewno jedna z tych powyżej. Chociaż jest też kilka typowo widokowych, jak np. restauracja na szczycie Grouse Mountain z widokiem na całe miasto albo obrotowa restauracja widokowa Top of Vancouver. Widoki są nieziemskie, można zapomnieć co się jadło.
Jest również mnóstwo fajnych rejsów statkiem dookoła Vancouver – podczas takiego rejsu także można zjeść romantyczną kolację, a nawet potańczyć.
Miłośnicy przyrody znajdą tutaj kilkadziesiąt pięknych parków i szlaków, zwłaszcza w North Vancouver.

 

 

Czy ciężko wychowywać dzieci z daleka od rodziny? (jeśli jesteście tu sami).

W.: Chociaż nie jesteśmy tutaj całkiem sami, bo rodzina mojego męża mieszka w Vancouver i okolicach, wiele bym dała, żeby być bliżej swojej mamy, rodziny i przyjaciół w Polsce ( i tych bliżej Polski ). Planując tutaj przeprowadzkę, chyba najbardziej nie przewidzieliśmy tej tęsknoty, która nas trawi, o covidzie już nie wspomnę. Życie towarzyskie nie istnieje, a o nowych znajomościach zapomnij.

Szlag mnie trafia, że drugi rok z rzędu nie polecieliśmy na święta do Krakowa…
Aktualnie najbardziej doskwiera mi samotność i fakt, że nie przynależę do żadnej społecznej grupy. Jestem zdecydowanie zwierzęciem stadnym, takim co w pojedynkę nie chodzą.
Na Twoje pytanie więc, czy ciężko, odpowiadam, że tak – cholernie ciężko…

No to zaraz zorganizujemy Tobie jakieś towarzystwo. Jest kilka dziewczyn, które mieszkają w Vancouver!

W.: Trzymam Cię za słowo!

 

Weronika, dziękuje za rozmowę oraz Twoją cierpliwość, ponieważ trochę czasu minęło od tej rozmowy, a obiecałam Tobie, że znajdziemy Tobie towarzystwo! Dziewczyny z Vancouver i okolicy, jeśli szukacie towarzystwa to wiecie do kogo się odezwać, poniżej znajdziecie link, gdzie możecie znaleźć Weronikę!

 

Instagram: Vera_sperkova

 

 

Instagram: Kanada po polsku

Facebook: Kanada po polsku

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *