ROZMOWA Z MONIKĄ, DAWNIEJ Z GRANDE PRAIRIE.

Monia to dziewczyna, którą poznałam on-line, krótko przed jej przeprowadzką z Grande Prairie do Kelowny. W sumie zabawna historia, ponieważ byłam w trakcie wakacji w British Columbii i między innymi zajechaliśmy do Kelowny. Już wtedy pisałam Monice jak bardzo zazdroszczę jej tej przeprowadzki! Po cichu śledzę i kibicuje jej w nowym miejscu! Ale dzisiejsza rozmowa nie będzie o Kelownie, a o tym, jak to się stało, że Monika trafiła do Kanady i dlaczego akurat Grande Prairie.

Serdecznie zapraszamy do lektury.

 

 

Skąd pomysł na Kanadę?

MONIKA: Do Kanady przyjechałam „za mężem” Kanadyjczykiem. Jako mała dziewczynka marzyłam o podróżach i nawet o mieszkaniu w jakimś ciekawym, może bardziej niż Kanada, egzotycznym miejscu. To tata zaszczepił we mnie i w siostrze chęć zwiedzania świata, bo sam jako muzyk orkiestry Royal Carribean Cruise Line spędził w podróży wiele lat. W liceum z moimi przyjaciółkami spisałyśmy listę marzeń i w mojej rubryce znalazły się podróże dookoła świata, posiadanie żaglówki i przeprowadzka … do Kanady! Nie uwierzycie mi, ale jedna z nas nosi tę karteczkę w portfelu od lat i to naprawdę jest tam napisane. To było takie marzenie zrodzone w głowie małej dziewczynki, bo tata ma też rodzinę w North Vancouver i przyjeżdżałam do Kanady jako dziecko. Okazuje się, że i w liceum nadal o tym wspominałam. Ale w myśl zasady „uważaj o czym marzysz, bo może się to spełnić” raczej nigdy nie wierzyłam, że faktycznie mogłabym mieszkać za granicą. Marzyłam zaś o WIELKIM podróżowaniu i to się spełniło właściwie zaraz po liceum. Rok po maturze zostałam przyjęta na pokład Polskich Linii Lotniczych LOT i świat stanął przede mną otworem. W tym czasie byłam już studentką ochrony środowiska oraz nauk politycznych na Uniwersytecie Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie i postanowiłam dorzucić do podróżniczych przygód stypendium zagraniczne w ramach międzynarodowego programu dla studentów – Erasmus. Za cel postawiłam sobie Lizbonę i dostałam się na tamtejszy uniwersytet. W Portugalii mieszkałam 7 miesięcy, ale semestr się skończył, a ja miałam magisterkę do obrony i powrót do latania przed sobą. Nie chciałam zamieszkać za granicą. 8 lat później, podczas „służbowego” pobytu w Tajlandii, poznałam mojego męża. Na jednej z najbardziej zatłoczonych ulic świata, Khaosan Road w Bangkoku.

To musi być świetna historia, ale nie będę już tutaj Ciebie ciągnąć za język, może jak w końcu uda  się spotkać na wino, to wtedy to zrobię!

 

 

Czy do Kanady przyjechałaś jako singielka czy już w związku?

M.: Do Kanady przyjechałam jako żona obywatela Kanady. Wiele rzeczy się wydarzyło pomiędzy tamtym dniem na ulicy w Tajlandii, a dniem postawienia stopy na ziemi kanadyjskiej z zamiarem ułożenia sobie tutaj życia. Jednym z tych wydarzeń był ślub cywilny na warszawskiej Starówce. Plan był taki, że kilka dni po ślubie, w lutym 2018 roku, przyjedziemy razem do Kanady z aktem małżeństwa w ręku. Ze względów sentymentalnych i praktycznych (nie chciałam wymieniać dokumentów) postanowiłam pozostać przy swoim panieńskim nazwisku, ale życie napisało swój scenariusz, jak wiele innych w moim przypadku. Na lotnisku w Amsterdamie przy wejściu do samolotu agentka obsługi przy sprawdzaniu dokumentów wyciągnęła z mojego paszportu kartę pokładową wraz z pierwszą stroną paszportową, tę ze zdjęciem. Zbladła i obarczyła mnie winą, że podróżuję ze zniszczonym dokumentem, co oczywiście było nieprawdą, bo tego dnia mój paszport trzymało w rękach już wielu ludzi. Ostatecznie do samolotu do Calgary wsiadł tylko mój mąż, a ja zapłakana wróciłam do Warszawy. Następnego dnia w urzędzie stanu cywilnego złożyłam prośbę o zmianę nazwiska na nazwisko męża (uznaliśmy, że to jednak ułatwi nam formalności w Kanadzie), a w kolejnych dniach wystąpiłam z prośbą o wymianę wszystkich dokumentów na nowe. Plany planami, a życie życiem.

 

To musiała być naprawdę kiepska historia. Mimo, że mam już stały pobyt, wciąż zastanawiam się do czego mogą przyczepić się urzędnicy na lotnisku. Do dziś pamiętam swoje pierwsze “przesłuchanie” w Toronto… Było ciekawie!

Kiedy przyleciałaś do Kanady?

M.: Do Kanady przyjechałam 21 marca 2018 roku, w pierwszy dzień wiosny.

Jak wyglądał Twój proces imigracyjny?

M.: Wystąpiliśmy z mężem o pozwolenie na stały pobyt oraz otwarte pozwolenie na pracę dla członka rodziny (Sponsorship under family class with open work permit). Bardzo długo nam zajęło zebranie się do wypełnienia dokumentów, przez pierwsze 6 miesięcy byłam skupiona tylko na ściąganiu rzeczy z domu i nawet byłam w Polsce 3 razy pomiędzy marcem a grudniem 2018. Czułam się jak turystka i nadal nie myślałam, że proces osiedlania się w Kanadzie właściwie już ruszył. W grudniu 2018 roku ostatecznie wysłaliśmy kompletne dokumenty, a status rezydenta Kanady otrzymałam 15 października 2019 roku.

Gratuluję i cieszę się, że masz już to z głowy. Czas zacząć myśleć o obywatelstwie!

 

Napisz o zawodzie stewardessy i dlaczego już nie latasz?

M.: Stewardessą byłam 15 lat, z przerwami – zostałam przyjęta do pracy, jak miałam 19 lat, 5 lat później na 7 miesięcy zamieszkałam w Lizbonie i na koniec pracy w liniach lotniczych przytrafiło mi się długie zwolnienie lekarskie, po którym już nie wróciłam do latania.
Zaczęłam latać jako studentka, na pierwszym roku. Na początku było ciężko pogodzić pracę i dwa kierunki studiów, ale byłam bardzo zdeterminowana. Spędziłam w powietrzu setki godzin, odwiedziłam kilkadziesiąt krajów i poznałam wspaniałych ludzi. To był taki czas, który poleciłabym każdemu młodemu człowiekowi u progu dorosłego życia. Wypuścić się w świat, skoczyć na głęboką wodę i dać się ponieść fali. Cudowne doświadczenie, które pięknie opisał Leonardo da Vinci: „kto poznał smak latania już zawsze będzie chodził ze wzrokiem skierowanym w niebo – gdzie był, dokąd tęskni i dokąd pragnie wrócić”. Ciekawe, że da Vinci opisał to na długo zanim ludzkości przytrafił się samolot.
Jednak po swoim ostatnim długodystansowym locie na trasie do Chicago wróciłam potwornie zmęczona. Nic nie wskazywało na zmęczenie inne, niż to wynikające z długiego lotu do Ameryki, krótkiego odpoczynku na miejscu, oraz powrotnego lotu w nocy. Byłam po prostu niedospana i skołowana. A jednak tym razem bez żadnego racjonalnego wytłumaczenia upadłam na ulicy, na bulwarach wiślanych. Nie wydaje mi się, żebym zemdlała, ale z jakiegoś powodu straciłam kontrolę nad ciałem. W środku dnia, w środku lata. Splot wydarzeń po upadku i konieczność założenia kilku szwów na przedramieniu doprowadził mnie na badania serca, a badanie serca na operację ratującą życie (o tym być może kiedyś w oddzielnym wpisie lub na spotkaniu przy winie). Operacja udała się, a ja zaczęłam myśleć o tym, co i w jaki sposób robiłam do czasu operacji, jak również o tym, co powinnam robić po operacji. Na pytania do lekarzy o to, co spowodowało operację i zmianę w sercu słyszałam – ogólny tryb życia, predyspozycje genetyczne. A moim całym życiem do tamtego dnia było latanie i podróżowanie. Oczywiście nie tylko latanie doprowadziło mnie do operacji, to byłoby zbyt duże uproszczenie i oczywiste nadużycie. Być może mam te predyspozycje genetyczne. A być może mogłam uprawiać więcej aktywności fizycznej, lepiej się odżywiać, więcej czasu poświęcać na odpoczynek. Ja tego nie robiłam, żyłam aktywnie i codziennie na wysokich obrotach, aż do momentu operacji. Sama rekonwalescencja i rehabilitacja przebiegła sprawnie, szybko wróciłam do formy i według niektórych lekarzy byłam nawet gotowa do powrotu na pokład. Ale przerwa w pracy i wszystkie inne okoliczności towarzyszące sprawiły, że zdecydowałam zamknąć jeden rozdział i otworzyć inny.

 

Czy ciężko było dostać pracę w liniach lotniczych? Jako nastolatka też o tym myślałam, ale cały czas wyobrażałam sobie, że jest to skomplikowane. Zabrakło mi również determinacji i odwagi.

M.: Żeby dostać się do linii lotniczych faktycznie trzeba się wykazać determinacją. I odwagą być może również. Ja byłam młoda i specjalnie o tym nie myślałam. Ani o tym jak to zrobić, ani tym bardziej co mnie czeka w trakcie. A już na pewno nie o tym, co mnie czeka po.

Jeśli chodzi o wymagania to zwykle oczekiwana jest znajomość języków obcych, najlepiej dwóch, dobra prezencja i wykształcenie średnie. Wyższe mile widziane, ale nie jest to warunek konieczny. Ja byłam na pierwszym roku studiów. Angielski znałam, francuski miałam świeżo po liceum, szlifowany na uniwerku, więc też jeszcze trochę znałam. Pierwsze sito to zwykła rozmowa w obecności komisji – oceniany jest wygląd, umiejętność wypowiadania się, ogólna prezencja i obycie. Jeśli ten etap przejdziesz pozytywnie kolejnym są egzaminy językowe. Po tym są etapy grupowe – na zasadzie współpracy w grupie (załodze). Ja dawno temu miałam jeszcze testy psychologiczne. A na koniec testy medyczne. Brzmi, jakby tego było bardzo dużo i chyba rzeczywiście jest. Ale warto było być młodym i o tym nie myśleć. Beztroska dodała mi skrzydeł. Dosłownie!

 

 

Jak wygląda i czy trafiłaś na jakieś niedogodności w związku z opieką medyczną w Kanadzie?

M.: Ze względu na fakt, że operacja w Polsce przebiegła całkowicie sprawnie powinnam być pod opieką lekarza i robić badania kontrolne tylko raz do roku. Ostatnie badania kontrolne robiłam przy ostatniej wizycie w Polsce, na wiosnę 2019 roku. Mam swoich zaufanych lekarzy, do których wracam. W Kanadzie nie prześledziłam jeszcze ścieżki do stałej opieki zdrowotnej z kilku względów. Przede wszystkim konieczne badania robiłam do tej pory w Polsce i nie było żadnych utrudnień związanych z podróżowaniem. Obecnie w skali ogólnoświatowej epidemia koronawirusa sprawiła, że do Polski pojechać jest trudno, a dostać do lekarza specjalisty zarówno w Polsce, jak i w Kanadzie, w dobie pandemii, jest również bardzo ciężko. Chyba, że jest to sytuacja ratująca życie. W moim przypadku, szczęśliwie, już nie jest. Dlatego nie szukam panicznie drogi dostania się do jakiegokolwiek lekarza, tylko cierpliwie czekam aż sytuacja się unormuje, będę mogła swobodnie odwiedzić Polskę i załatwić wszelkie wizyty lekarskie, jak również przejść do poszukiwania lekarza rodzinnego w nowym miejscu zamieszkania. Do końca lipca 2020 roku mieszkaliśmy bowiem w Grande Prairie w prowincji Alberta, a od 1 sierpnia 2020 roku mieszkamy w Kelowna, w prowincji British Columbia. Zatem do tej pory moje doświadczenie związane z korzystaniem ze specjalistycznej opieki medycznej w Kanadzie praktycznie nie istnieje. Muszę przyznać, że uznaję to za swój ogromny sukces!

A ja Tobie życzę tego abyś nigdy nie musiała z niej korzystać.

 

 

Opowiesz nam trochę o Grande Prairie?

M.: W Grande Prairie mieszkaliśmy, ponieważ mój mąż miał bardzo dobrze płatną pracę, która dodatkowo była jego młodzieńczym marzeniem, a stanowisko, które zajmował było spójne z jego wykształceniem. W danym czasie jego praca była idealnym zabezpieczeniem mojego procesu imigracyjnego, jak również procesu aklimatyzacji po przyjeździe do nowego kraju. Ktoś mógłby zapytać czy po spędzeniu 15 lat w podróży nie jest łatwiej się przyzwyczaić do życia „na obczyźnie”, ale ja jestem zdania, że są to zupełnie dwie różne sprawy, a proces adaptacji do bycia za granicą zapewne jest sprawą bardzo indywidualną, różną dla każdego. Mi łatwiej nie było.
Grande Prairie to miasto w północno – zachodniej części prowincji Alberta. Słynie z pięknych wschodów i zachodów słońca i przejrzystego nieba, które zajmuje 80% krajobrazu. Reszta to płaska preria. Mieszkanie tam dało mi zupełnie inną perspektywę postrzegania Kanady. Przede wszystkim uświadomiłam sobie, że „płaska” jest większość tego kraju, choć ja zawsze myślałam, że jak Kanada to British Columbia z jej jeziorami i górami gdzie nie spojrzysz. Lub też prowincja Ontario z wibrującym miastem i pięknym wodospadem Niagara „za rogiem”. Po drugie zrozumiałam, że mieszkać można wszędzie i wszędzie jest coś ciekawego lub nowego do zrobienia. Po trzecie zaś poznałam srogie kanadyjskie zimy, kiedy to temperatury spadają do pięćdziesięciu stopni poniżej zera, a zmrożone przedmioty dosłownie parzą, jeśli ich dotknąć gołą ręką. Z mojej perspektywy ilość atrakcji w samym mieście jest bardzo ograniczona, a położenie zbyt mocno odseparowane od ciekawych miejsc. Odległość do najbliższego dużego miasta to 450 km (Edmonton), a pierwsze ciekawe krajobrazowo rejony to jedyne 400 km do Parku Narodowego Jasper. Dwa lata mieszkania w tamtym rejonie uważam za wykorzystane przez nas fantastycznie. Ale też nie czekało tam już nic ekscytującego. Jedynie naszego domu z dużym ogrodem (dla psa) codziennie mi tutaj brakuje i to jest nasz projekt na przyszłość.

Zgadzam się. Podróżowanie, a “utknięcie” w jednym miejscu, które jest nam obce, nie jest wcale łatwe. W sumie, podejrzewam, że u Ciebie mogło być gorzej, ponieważ byłaś przyzwyczajona do zmian i poznawania innych kultur, a tu jednak zostajesz  w jednym miejscu z myślą, że nie jest to kolejna przerwa między jednym lotem a drugim. A może się mylę?

M.: To prawda. Być gdzieś “przelotem” a “musieć być” to dwie różne rzeczy. Co prawda nikt mi nie każe być w Kanadzie, ale jednak proces asymilacji i przyzwyczajania się, tzw. imigracja, wygląda inaczej niż turystyka. Ja jestem jeszcze świeża, mam wrażenie, że jest to proces wieloletni, wielowarstwowy i czasami czuję się  jakbym dostawała rozdwojenia lub nawet roztrojenia jaźni. Dlatego bardzo lubię “nasz” projekt. Pozwala mi się uspokoić. Zauważyłam, że nie tylko ja tak mam. Jest wiele osób, które już przez to przechodziło i na wiele sposobów można sobie pomóc, poradzić z adaptacją do życia w innym kraju czy z emocjami i tęsknotą. A Kanada jest przecież pięknym i przyjemnym krajem. W końcu mogłam w Tajlandii spotkać chłopaka z zupełnie innej części świata. I od razu pojawia się wdzięczność za Kanadyjczyka ☺

 

 

Pies i opieka weterynaryjna w Kanadzie.

M.: Podobno pierwszymi słowami, jakie skierowałam do mojego męża (wtedy jeszcze narzeczonego) po operacji serca były słowa wyrażające żal, że prawie nie zrealizowałam marzenia o posiadaniu psa, bo tak bardzo byłam zajęta realizowaniem marzeń o lataniu i podróżowaniu. Dlatego 3 miesiące po moim przyjeździe do Kanady zdecydowaliśmy się na psa rasy golden retriever. Daliśmy mu na imię Leon, bo ładnie rymuje się z angielskim słowem „lion”, a nasz pupil codziennie miał tzw.: „bad hair day” i poczochraną grzywę. Wychowanie psa tej rasy jest nie lada wyzwaniem (to chyba też temat na zupełnie oddzielny post), dlatego spędzałam całe godziny na trenowaniu naszego „bobka” i sama nie wiem, czy osiągnęłam zadowalające rezultaty. Obawiam się, że mój pies wytresował mnie lepiej niż ja jego, ale oboje z mężem bardzo go kochamy. Dzięki temu, moje pierwsze miesiące w Kanadzie upłynęły na skupieniu się na psie, a nie tęsknocie za domem. Osiągamy wyżyny w poszukiwaniu dla niego zdrowych produktów, przyjaznych miejsc do odwiedzenia, dobrych opiekunów, kiedy my jesteśmy w pracy, oraz opieki weterynaryjnej. Zauważyłam, że Kanadyjczycy bardzo kochają psy, dbają o to, żeby wszystkie czworonogi miały swoje domy. Adopcje są bardzo drogie, przez co bardziej odpowiedzialne, a właściciele są w stanie wydać ogromne pieniądze na zapewnienie swoim zwierzakom odpowiedniej opieki. Dlatego też opieka weterynaryjna to kosztowny wydatek, a posiadanie psa wiąże się z wysokimi wydatkami. Szczególnie dużej rasy. Ale nam to nie przeszkadza i myślimy o kolejnym!

Mój mąż od dłuższego czasu mówi mi o kupnie psa właśnie tej rasy. Ja mam mieszane uczucia ze względu na kilka kwestii, jak strach czy duże zobowiązanie wobec tego zwierzaka. Monika, koniecznie musisz napisać osobny artykuł na ten temat. 

 

 

O Kanadyjczykach i kanadyjskich „niedociągnięciach”.

M.: Według mnie, to najtrudniejsze pytanie, więc zostawiłam sobie je na koniec pierwszej części mojego projektu dla „Kanada po polsku”. Czemu najtrudniejsze? Bo codziennie zmieniam zdanie w zależności od nastroju i samopoczucia.
Sama się przeprowadziłam do Kanady, nikt mi broni przy skroni nie trzymał jak wychodziłam za mąż za Kanadyjczyka. Mam na to świadków. Dlatego narzekanie na Kanadę, na Kanadyjczyków i ich sposób bycia, czasami wydaje mi się nie na miejscu. A jednak są momenty, że wychodzi ze mnie nasza cecha narodowa (narzekanie) i muszę sobie pod nosem pomarudzić. Co pojawia się najczęściej? Proste! Kanadyjczycy są Kanadyjczykami i mieszkają w Kanadzie. To chyba logiczne i mówi samo za siebie. Jestem daleko od Polski, od rodziny i przyjaciół i od moich miejsc w Warszawie. Wiadomo, że wszystko co kanadyjskie i w Kanadzie będzie mnie denerwowało. Mój mąż jest oczywiście uosobieniem wszelkich moich smutków, żali i frustracji, bo jest Kanadyjczykiem numer 1 dzięki któremu (przez którego) tu jestem. Przyznaję, że miewam takie dni. Ale zawsze wtedy sobie przypominamy, że imigracja to jest proces i potrzeba miesięcy lub lat, żeby sobie wypracować mechanizmy obronne i codziennie zauważać te dobre strony, a nie tylko te złe. Dodatkowo pandemia korona wirusa postawiła cały świat na głowie i wszyscy, w każdym najmniejszym zakątku świata, radzimy sobie jak możemy, żeby przetrwać. Myślę, że wiele lat minie zanim znajdę swoje miejsce na ziemi i niekoniecznie trzeba szukać rozwiązań już teraz. W końcu sama droga liczy się, a nie jej cel.
Dlatego o Kanadzie i Kanadyjczykach powiem miło i tylko to, co lubię. Są przemili, bardzo uczynni, zawsze uśmiechnięci. Na 10 osób, które spotkam, 10 będzie cudowna. Na 100 osób może trafi się jedna, która ma gorszy dzień. Nie mam w Kanadzie zbyt wielu przyjaciół, mam znajomych. Ale uważnie obserwuję to, co dookoła mnie i zauważam, że niepostrzeżenie kilku znajomych stało się przyjaciółmi, a jak będę jechać do Polski, to będą tu takie osoby i miejsca, o których będę myśleć. Być może nawet tęsknić. „I will never feel anywhere completly at home because part of my heart is always elswhere. This is a price for loving people in more than one place”. Taki już jest los, Nas, podróżników. Trzeba się z nim przytulić, złapać za rękę, i ramię w ramię ruszyć przed siebie.

Mając męża Polaka, też można go obwiniać za swój kanadyjski los ha ha. Wiem coś o tym. Często myślę czego z Kanady brakowałoby mi w Polsce i przyznam, że nigdy nie myślałam pod kątem znajomych. Może dlatego, że moim zdaniem ciężko o takie prawdziwe znajomości na 100% za granicą.

 

 

Monika, dziękuję za tę rozmowę. Jak widziecie, w Kanadzie wszystko jest możliwe, chociażby fakt, że nasza przyszłość na nowej ziemi jest zależna od agenta na lotnisku.  Mieliście przyjemność poznać kolejną osobę, z którą wspólnie będziemy tworzyć “Kanada po polsku”. Liczymy na Wasze wsparcie i dobre słowo! A już w środę zapraszam Was na pierwszy artykuł Moniki. Ja mam nadzieję, że w końcu uda nam się spotkać, bo raz byłyśmy dość blisko! 🙂

Monikę znajdzie na jej instagramie:  Moniarudnicka

 

One Comment

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *